[M@tej, czytasz na wlasna odpowiedzialnosc;-))]
Kiedy obudzilem sie o 7:30, za oknem bylo mokro, ale nie padalo. Lunelo
dopiero, gdy zasiadlem do sniadania. Niestety, po wczorajszej wieczornej
rozmowie z Darkiem wiedzialem, ze nie wplynie to na nasze dzisiejsze plany
("Przeciez odjezdzamy pociagiem 100 km od Torunia, tam moze byc zupelnie
inaczej", pocieszal mnie wczoraj. _Nieco_ sie mylil...
Dokladnie o 8:20 darkowa 'wedka' wezwala mnie do wyjscia. Okazuje sie,
ze na wyjazd zdecydowal sie jeszcze jeden twardziel :-), ktoremu niestraszne
warunki pogodowe - Tomek.
Na nogach foliowe worki na smieci, w plecaku ich zapas na caly dzien, w
sercu trwoga ("A jak bedzie tak lalo caly dzien?") i juz po chwili jestesmy
na dworcu. Dojezdzam z suchymi stopami.
Po ponad 2 godzinach nudnej jazdy jestesmy w Kwidzynie. Zjezdzamy do
zamku, przejezdzamy pod gdaniskiem. Czarnym szlakiem Doliny Dolnej Wisly
kierujemy sie do Grudziadza. Nie, wcale nie najkrotsza trasa - droga zakreca
w najbardziej niespodziewanych miejscach, trzeba bardzo uwazac, by sie nie
pogubic. Pokrywa sie on miejscami z miedzynarodowa trasa rowerowa
EuroRout-1.
Poczatkowo asfaltem, poxniej lesna droga jedziemy naprzod. I wcale nie
wadzi nam padajacy drobny, ale chwilami gesty deszcz. W koncu nie jestesmy
z cukru ;-)).
Las to las, ale ten robi wrazenie, jest cos niesamowitego w tej naszej
jexdzie: my, dzdzysta pogoda, gesty bor...
Podczas jazdy niejodnokrotnie blogoslawimy wlasnie padajacy, lub dopiero
co skonczony deszcz - po tych piaszczystych drogach nielatwo jechaloby sie,
gdyby nie byly tak mocno zwilzone. I nic nie przeszkadzaja nam czasem
calkiem glebokie kaluze, raz po raz zagradzajace nam droge. Zreszta, sami
wiecie jaka to frajda lawirowac wsrod kaluz lub, jesli sie nie da inaczej ,
przejechac przez srodek.
Pokonujac drewniany mostek nad strumieniem mijamy nadlesnictwo Sadlinki
(jest tam nawet pole biwakowe). Przejezdzamy tory kolejowe, przez ktore
dopiero co wiozl nas pociag i dosc dlugim kamienistym (kocie lby) podjazdem
docieramy do szosy. Skrecamy w prawo i dlugim, dwukilometrowym zjazdem
staramy sie o dzisiejszego vmax'a. Niestety, wiatr, ktorego nie czulismy w
lesie, skutecznie utrudnia nam to zadanie. Na licznikach raptem 46 km/h
:-((.
Ale nie zlorzeczymy na te podmuchy - ten zjazd to wlasciwie jedyne w
czasie naszej
wycieczki miejsce, w ktorym wiatr nam przeszkadzal. Trasa byla
tak ulozona ;-), ze caly czas silny wiatr popychal nas do przodu. I dzieki
niemu rowniez deszcz nie byl tak uciazliwy.
W Okraglej Lace, mimo ze na horyzoncie widac panorame bardzo juz
bliskiego Grudziadza, skrecamy w lewo, na piaszczysta (ale na szczescie
mokra) polna droge, ktora docieramy do Wielkiego Welcza.
Teraz po chwili czujemy sie jak w gorach - stromym podjazdem mozolnie,
na najbardziej miekkich przelozeniach zdobywamy Gory Losiowe. Tu, prawie na
szczycie lapie mnie kurcz, daje za wygrana i schodze z roweru :-((.
Wykorzystujemy przymusowy postoj na uzupelnienie paliwa oraz pozbycie sie
zuzytego napedu. Wspominamy przy tym ostatnia reklame siodelek Selle Italia
;-)) [do obejrzenia podczas transmisji TdF].
Byl podjazd, musi byc i zjazd - juz po chwili mkniemy na leb, na szyje
(zwlaszcza Tomek), jak wariaci. Nagle na sciezce pojawia sie autochton.
Przestraszony, ucieka na lewa strone. Darek chcac uniknac zderzenia, robi to
samo: facet w lewo, Darek w lewo, facet jeszcze bardziej w lewo, Darek to
samo. Wreszcie Darek z trudem wyhamowuje. Kilka cm od rolnika. Na szczescie
nic sie nie stalo. Darek przeprasza i juz jedziemy dalej.
Jestesmy w Zakurzewie. Jeszcze tylko Mokre (sic! - dzisiaj tam moglaby
nazywac sie kazda mijana przez nas miejscowosc...), kilka km po ruchliwej
drodze, ktora opuszczamy, kierujac sie na Parski. Jakis krotki podjazd i
wyjezdzamy na wzniesienie, z ktorego widac piekna panorame doliny Wisly
(wybaczcie, ale to sformulowanie jeszcze nieraz sie tu powtorzy). Widok jest
jeszcze ladniejszy z jakiejs dziwnej budowli (pozostalosc fortu?), na ktora
oczywiscie wlazimy.
Teraz jedziemy skarpa wislana, a droga nagle przechodzi w piekny, stromy
zjazd: nic to,ze slisko, nic to, ze przecina ja jakis strumyk, ze pod koniec
przegradzaja nam droge jakies barierki. Wjezdzamy na lake, na ktorej
zmagazynowanych jest kilkadziesiat pontonow, sluzacych (jak pamietam z
wojska) do budowy przepraw.
Wjezdzamy na asfaltowa droge, pnaca sie zakretami w gore. Kiedy juz
wjechalismy na szczyt, okazuje sie, ze droge blokuje nam zamknieta na kilka
klodek solidna brama. Jakby tego bylo malo, z nieduzego budynku wychyla sie
zolnierz i gromkim glosem kilkakrotnie wola:
- Panowie!!! Z powrotem!!! Panowie!!! Z powrotem!!!
Coz bylo robic, zawracamy i, juz na dole, szukamy jakiejs sciezki wzdluz
brzegu. Jest! Prowadzi nas do... dziury w plocie, na ktorym wisi informacja,
ze to teren wojskowy. Sciezka jest straszna, pelna chaszczy i ukrytych przed
naszymi oczami nierownosci. I do tego bardzo kreta. Z trudem lawiruje
Kolodziejem.
Szybko okazuje sie, ze ta sciezka to jeszcze nic zlego - przed nami
wyrasta prawie pionowa sciana skarpy. Niby jest jakas sciezka, ale strasznie
stroma i do tego zablocona. Powoli, co chwila sie slizgajac i wykorzystujac
rowery jako wciagarki, wspinamy w gore.
Wreszcie jestesmy, docieramy do asfaltu. Kilkanascie metrow w lewo
widzimy te sama, zamknieta i odrutowana brame. Ale tym razem jestesmy po jej
_wlasciwej_ stronie.
Troche bladzimy po Grudziadzu. Jestesmy juz z troche znuzeni, widza
McDonalda nie zastanawiamy sie wiele. Trzeba uzupelnic zapasy. Posilony 9.
kawalkami kurczaka (co jedli, a zwlaszcza _pili_ chlopaki, litosciwie nie
wspomne ;-)) daje haslo do odjazdu. Znowu wypatrujemy charakterystycznej
sylwetki czarnego roweru na bialym tle (tak oznakowany jest szlak) i
wyjezdzamy z Grudziadza, po drodze mijajac jezioro Rudnickie, miejsce
wypoczynku Grudziadzan.
Teraz do samego Chelmna jedziemy juz caly czas malo uczeszczanym
asfaltem.Nisko, po naszej prawej stronie blyszczy Wisla. W pewnym momencie,
urzeczeni pieknym widokiem, az przystajemy - panorama Doliny Wisly
(mowilem...) jest tu wyjatkowo piekna.
Chelmno, jak zwykle cudowne... Na Rynku odpoczywamy i posilamy sie
pysznym spaghetti. Wychodzi slonce - rozleniwieni posilkiem i ladna w tej
chwili pogoda z trudem wyruszamy dalej.
W Kaldusie znowu podziwiamy piekna (juz wiecej nie bede) panorame Doliny
Dolnej Wisly. Az sie nie chce wracac do domu, tym bardziej, ze mamy
wrazenie, ze juz tam prawie jestesmy - pozostalo ledwie niewiele ponad 40
km.
Przez Starogrod, Plutowo, Unislaw, doskonale znana z dziesiatkow
wczesniejszych wyjazdow trasa jedziemy do Torunia. Jedyna rozrywka, jaka tu
mamy, to upajanie sie predkoscia - wspomagani wiatrem, mimo juz ponad setki
w nogach, gnamy, rzadko zwalniajac ponizej (a i to nieznacznie) 30 km/h.
I juz wkrotce jestesmy w domu, zmeczeni, ale bardzo zadowoleni. Bo
fajnie bylo ;-))
pozdrawiam
--
galex
PS1 - statystyka:
trip: 141 km
avs: 23,25 km/h
stp: 6:03:51
PS2 - mam coraz wieksza chetke na zaliczenia calgo, ponad 480-kilometrowgo
Szalku Doliny Dolnej Wisly. Pomozecie?